niedziela, 11 stycznia 2015

Rozdział 1-Nadzieja

Usiadłam na krześle w stołówce i wyciągnęłam kanapkę z plecaka. Specjalnie wczoraj sprawdziłam co będzie dziś na obiad, żeby nie głodować przez kilka kolejnych godzin, jak to bywało zazwyczaj w Polsce. Trzeba przyznać, że w mojej starej szkole nikt mistrzem gotowania nie był. W tamtej obskurnej kuchni było sześć kucharek i jak każdy wie nie było co jeść.
Ale nie o jedzenie chodzi.

Do stołówki weszła grupa ludzi. Większość z nich była ubrana na czarno. W całej zgrai wyróżniały się trzy dziewczyny. Reszta to przedstawiciele płci przeciwnej. Rozpoznałam tam cztery osoby. Różę, Ashley najlepszą przyjaciółkę Nelson, chłopaka, który siedzi za mną na literaturze i tego idiotę z religii świata. Jak zdążyłam zauważyć ma na nazwisko Malik, a jego imię zaczyna się na Za... coś tam, gdyż profesor ciągle go upominał. Nigdy nie kończył jego imienia, bo Malik kończył jego wypowiedź jakąś chamską odzywką i profesor zaczynał na nowo od jego nazwiska. Oprócz nich w grupie dostrzegłam dziewczynę z śnieżnobiałymi włosami, i dwóch chłopaków. Jednego blondyna a drugiego z wygolonymi włosami na tak zwane "zero". Jednak po chwili odłączył się od grupy i siadł przy białym stole zarezerwowanym dla ludzi, którzy chorują na cukrzyce. Były także stoły przeznaczone dla ludzi, którzy nie tolerują laktozy, alergików (w którym swoją drogą wylądowałam ja), dla tych, którzy są na diecie i dla ludzi normalnych.
Z moich głębokich zamyśleń wyrwało mnie lekkie popychanie w ramie.
-Zdajesz sobie sprawę, że od niecałych dziesięciu minut siedzisz z kanapką w buzi i gapisz się gdzieś tam w drzwi?-ugryzłam kanapkę i spojrzałam w górę. Róża stała z uniesionymi brwiami i uśmiechała się.
-Zamyśliłam się-wzruszyłam ramionami i wyrzuciłam sreberko do kosza na śmieci-Idziesz? Widzę, że już zjadłaś-wskazałam palcem na jej pustą tacę.
-Ashley jeszcze czeka w kolejce-spojrzałam na dziewczynę z niebieskimi włosami.
-Ja idę. Będę gdzieś na dziedzińcu-założyłam bluzę i wstałam z krzesła.
Na dworze robiło się dość chłodno i zaczynało wiać. Mój telefon zaczął wibrować. Z szerokim uśmiechem go odebrałam i usiadłam na ławce obok drzwi.
-Cześć księżniczko-usłyszałam zachrypnięty głos kuzyna.
-No hej! Miałeś dzwonić wczoraj-westchnęłam-Dlaczego nie dzwoniłeś?
-Nie miałem czasu... Kojarzysz Olę? Jej matka wyjechała gdzieś z pracy i pomagałem jej w przygotowaniach do urodzin jej brata... Ugh-chodź nie zdołałam zobaczyć jego twarzy wiedziałam, że wywraca oczami.
-Czego nie robi się dla miłości?-zarechotałam. Większość osób dziwnie na mnie patrzyła. Fakt... Nie każdy tu umie język polski.
-Nadzi muszę kończyć! Babcia woła-zaśmiał się a ja posmutniałam. Tęsknie za nim-Bye-bye
-Paa-uśmiechnęłam się i schowałam telefon.


Skończyłam dziś wcześniej niż Róża więc sama musiałam załatwić sobie dowózkę do domu.
Oparłam się o murek i czekałam na zamówioną taksówkę kiedy ktoś lekko kopnął mnie w kostkę. Nie musiałam się obracać by wiedzieć kto to.
-Więc znowu zaczynasz?-zapytałam nie obracając się. Malik kopał mnie na każdej możliwej lekcji. Zaczynając na religii kończąc na literaturze.
-To staje się moim hobby-zaśmiał się sarkastycznie. Usłyszałam charakterystyczny dźwięk odpalania zapalniczki-Jak masz na imię?-spojrzałam na niego i parsknęłam.
-Mogłabym zapytać o to samo-uśmiechnęłam się chytrze i ponownie odwróciłam wzrok. Popatrzyłam to w jedną stronę to w drugą, ale mojej taksówki nie było widać.
Westchnęłam i zaczęłam przeskakiwać z nogi na nogę. Robiło się coraz zimniej.
-Odpowiesz mi wreszcie?-powiedział szorstko. Wzdrygnęłam.
-Nadzieja-powiedziałam cicho.
-Nadeja?-zmrużył oczy.
-Przestań kaleczyć moje imię-warknęłam.
-Więc Nadejo ja jeste...
-Po prostu Hope!-przerwałam mu-A ty jak masz na imię?
-Po prostu Zayn!-próbował naśladować mój głos. Prychnęłam i zobaczyłam nadjeżdżającą taksówkę-Może cie podwieźć? Masz tu zamiar marznąć?-zapytał. Już po kilku zdaniach, które z nim wymieniłam wiem, że humor zmienia się mu tak jak mi podczas okresu.
-Nie dziękuję!-wywróciłam oczami i wsiadłam do taksówki.
-Do jutra Nadzea!-zaśmiał się. Nie był to przyjazny śmiech.
Nie lubię cię Zayn....
-Kto powiedział, że jutro nadejdzie?!-uniosłam jedną brew i w między czasie podałam kierowcy adres.
-Ja!
Kolejny raz wywróciłam oczami i zatrzasnęłam żółte drzwi taksówki.


-Kolejki jak za komuny!-krzyknęła ciocia z korytarza. Z odgłosów, które usłyszałam wywnioskowałam, że rzuciła torby na blat w kuchni i szła w stronę salonu.
Rozgrywałam akurat rewanż w FIFĘ z Loganem*.
-Gdzie Róża?-ciocia swoje pytanie skierowała do mnie.
-Nie wiem-wzruszyła ramionami-Mówiła jedynie, że jakiś chłopak z Ashley mają po nią przyjechać-kontynuowałam rozgrywkę nawet nie spoglądając na ciocię.
-Ile razy mam jej mówić, żeby w tygodniu nie wychodziła na imprezy! A ty Logan jesteś dla niej za miękki-wywróciła oczami i z kieszeni wyjęła telefon-Róża! Masz być w domu za dziesięć minut.... Żadnego, ale!... Góra półgodziny!.... Nie! Mam już dość twoich wyników w nauce! Nie będę ci przez całe życie załatwiała szkół i pracy!-warknęła i rozłączyła się.
Róża zawsze w życiu miała łatwiej... Mama załatwiała jej prestiżowe licea, a teraz collage. Ja w Polsce chodziłam do najgorszych szkół. Do dziś pamiętam to obskurne gimnazjum... Albo przynajmniej ostatnią klasę. Było to zaraz po śmierci rodziców, gdy musiałam przeprowadzić się do babci. Później ona załatwiła mi jakieś lipne liceum. Wypruwałam sobie w nim żyły, by mieć chociaż cień możliwości studiowania w Ameryce. Na koniec miałam najlepszą średnią w szkole.  Wakacje były najgorszą męczarnią. Przez półtorej miesiąca nie przychodziło potwierdzenie od  Juliard. A kiedy już dowiedziałam się, że się dostałam płakałam z radości. Mogłam spełnić swoje największe marzenia takie jak praca w dobrym wydawnictwie i studia w Ameryce.
A Róża to wszystko miała na wyciągnięcie ręki. Podane jak na tacy, bo miała wpływową mamę.
Świat zawsze był niesprawiedliwy...
-Wygrałem! Jestem mistrzem w FIFĘ!-krzyknął uradowany ojciec Róży.
-Zamyśliłam się-odłożyłam pada-Idę się położyć-poinformowałam Luizę.
Wbiegłam po krętych schodach na górę i weszłam do swojego pokoju. Był dość minimalistyczny. Biały z czarnymi obrazami. We wnęce obok drzwi stało podwójne wysokie łóżko z dużą ilością poduszek. Było metalowe i dosyć proste. Nie odbiegało kolorem od ścian. Przy równoległej ścianie stała komoda, która również była biała. Jedynie dość nowoczesne plastikowe biurko było czarne. Stało prostopadle do komody przez co dwie szuflady się nie otwierały. Miałam w planach je przesuwać, ale całkowicie o tym zapomniałam. Na środku pokoju leżał miły w dotyku szaro czarny dywan. Pokój sam w sobie był ładny, ale trochę pusty.
Ściąnęłam jedynie trampki i skarpetki położyłam się na łóżku. Na dworze zaczęło niesamowicie wiać i kilka kropel deszczu. W centrum prawdopodobnie panowała ulewa, ale tu tylko lekko padało.
Deszcz ukołysał mnie do snu.
*Logan-ojciec Róży
Notka:
I jak Rozdział I? <3 Mi się nawet podoba. Długość też jest dobra więc nie narzekam.
Pisałam go dość długo, ale jest dobry :)
Swoje opinie piszcie w komentarzach :*
Jul xx